Wiktoriański ślub

Gdy dwoje rekonstruktorów historycznych postanawia wziąć ślub, domyślać się można, że będzie się to wiązało z dużą ilością szycia. Oto historia jak własnoręcznie stworzyliśmy swoje XIX-wieczne ślubne stroje i urządziliśmy quasi-wiktoriańskie wesele.


Słowem wstępu

Tak, to będzie tekst ślubny. Na początek jednak małe oświadczenie: nie byliśmy najbardziej ślubną parą. Byliśmy naturalnie zdecydowani, że resztę życia chcemy spędzić razem. Ale perspektywa organizacji ślubu, a co dopiero klasycznego wesela, napawała nas paraliżującym strachem. Marketingowy Wielki Brat – jak zwykle czujny – bombardował nas zaś coraz bardziej zasadami i propozycjami „oczekiwanego kształtu współczesnego wesela”. W związku z tym przez pierwszy rok po oświadczynach chowaliśmy głowę w piasek, starając się robić wszystko, byle tylko o tym nie myśleć.

Cały pomysł urządzenia DiY wiktoriańskiego ślubu był to nasz sposób na odzyskanie tego dnia z rąk Nikczemnego Przemysłu Ślubnego™, a przywrócenie go na lepiej nam znany grunt – reko. Bo w końcu szycie razem rzeczy i przebieranie się w dziwaczne stroje a potem tańczenie w nich oraz bawienie z przyjaciółmi jest czymś co robimy. Ba, czymś co lubimy robić! Na tym polega przecież większość naszych projektów. Dlaczego by więc nie skorzystać z okazji do zrobienia tego co zwykle, tylko z rozmachem większym niż zwykle?

W końcu jak trudne może być uszycie sobie samemu strojów ślubnych?


Panna Młoda

Mój poprzedni projekt wiktoriański, oprócz „chronienia” mojej reputacji, spełniał jeszcze jedną sekretną funkcję. Był to test wykroju przed decyzją, czy do ślubu iść w Natural Form, czy w starym dobrym Empirze. Po sukcesie w Krakowie decyzja zapadła i rozpoczęłam badanie źródeł i fazę projektową. Na użytek całego przedsięwzięcia wyżywałam się na pintereście tworząc tablicę z idealnie posegregowanymi 452 pinami.

Główną inspiracją były dla mnie plisowo-koronkowe suknie z Wieku Niewinności (do których wciąż wzdycham nie obejrzawszy filmu) oraz dekolt aktorki Lillie Langtry.

Projekt i konstrukcja

Po lewej widzicie pierwszy szkic z marca, a obok jego mniej upośledzoną wersję z początku maja, kiedy to zaczęłam oficjalne szycie. Od początku kreacja miała składać się z:

  • Bazowej spódnicy Natural Form: wiązanej za kolanami, z wachlarzową płetwą ogonową (w niektórych kręgach nazywaną trenem).
  • Dwuczęściowej spódnicy wierzchniej: koronkowego fartuszka z przodu, zaś z tyłu drapowanego odwłoka zakończonego mniejszą płetwą.
  • Bezrękawowego bodycze (vel. gorsetu, stanika, ang. bodice) udekorowanego z góry koronką, a z dołu – zgadliście – kolejną płetwą~?

Do uszycia całości zdobyłam grubą bawełnianą satynę o ciepłym połysku oraz delikatną koronkową tkaninę na dekolt i overskirt.

Koronkę, która miała być wykorzystana na udekorowanie dekoltu wykończyłam różyczkową aplikacją brzegową ręcznie wycinaną z tiulu i transplantowaną. Ta sama aplikacja posłużyła do wykończenia brzegów odwłoku.

Główną ozdobą sukni miały być jednak plisy na spódnicy. Na pięć pięter plisów na całym trenie i odwłoku poszło ok. 50 m szyfonowej taśmy, cierpliwie składanej i zaprasowywanej.

Na Balu Krakowskim sprawdziłam, że da się doskonale tańczyć nawet najdziksze szkockie reele w sukni z trenem, o ile jest umiejętnie podpięty, więc tym razem, zamiast prowizorycznego przytwierdzania na szpileczki, miałam opracowany profesjonalny system zawieszania trenu i spulchniania odwłoka.

Wszystkie te elementy były dosyć pracochłonne, ale też zadziwiająco przyjemne do szycia i relaksujące. Schody się zaczęły dopiero przy bodycze.

Nie miałam do niego wykroju, wiec zastosowałam algorytm ewolucyjny, wykrawając i przymierzając jeden toile za drugim. Przez majówkę uszyłam chyba z siedem (?) wersji z badziewnego poliestru, aż uzyskałam coś na kształt dopasowania. Następnie wykroiłam to coś z właściwego materiału, wzmocniłam fizeliną i uzupełniłam o osiem fiszbin, w międzyczasie kilka razy biegając z płaczem do Kajani, która na każdy mój fuckup miała bajecznie proste rozwiązania.

O bieliźnianych fundamentach sylwetki Natural Form rozpisałam się przy okazji poprzedniego wpisu. Z wielką radością mogłam wykorzystać do ślubu ten sam gorset i halkę modelującą odwłok. Doszyć musiałam sobie tylko bezramiączkową halkę balową, zastępującą shift.

Kwiaty pomarańczy

Podczas researchu jedno okazało się pewne: kwiat pomarańczy był obowiązkowym wyposażeniem wiktoriańskiej panny młodej. Wzmianki o potrzebie przystrojenia sukni tymże kwieciem zaczęły pojawiać się na początku XVIII w. jako egzotyczny zwyczaj przywieziony z Chin, gdzie drobne białe kwiaty miały symbolizować niewinność i szczerość panny (to, że ich aromat ma działanie antystresowe i jest lekkim afrodyzjakiem zapewne też nie uciekło uwadze chińskich florystów).

W 1840 do tego już dosyć popularnego w Anglii zwyczaju nawiązała królowa Wiktoria, wybierając na swój ślub z Albertem białą suknię przystrojoną kwiatem pomarańczy i tym samym zmieniając na zawsze modę ślubną w Anglii i na świecie. To dopiero po tym wydarzeniu, biel stała się domyślnym kolorem dla panny młodej, a nieśmiałe pomysły aby uwzględnić kwiat pomarańczy stały się według wiktoriańskich żurnali wręcz obowiązkiem. Panny, które nie były w stanie zdobyć świeżych kwiatów pomarańczy, sięgały po woskowe podróbki. Zwyczaj był tak powszechny, że w użyciu pojawił się zwrot „zbierać kwiaty pomarańczy”, oznaczający szukać żony.

Szał na pomarańczę trwał przez cały wiek, po czym po 1945 zaczął stopniowo zanikać. Obecnie pytając w renomowanych kwiaciarniach lub na giełdzie kwiatowej o świeże bądź sztuczne kwiaty pomarańczy spotykałam się tylko ze zdziwieniem i niedowierzaniem, jak gdyby wszyscy myśleli, że pomarańcze wyrastają bezpośrednio na półkach sklepowych, ergo nie potrzebują kwitnąć. Białe pączki pomarańczy znalazłam dopiero wśród wspaniałych wianków autorstwa Lola White.

W przygotowanym na zamówienie komplecie wianka i przypinki na dekolt, oprócz pomarańczy, pojawiła się też delikatna paprotka i kwiaty jaśminu. Nie mam na nie uzasadnienia historycznego – po prostu były śliczne ?


Pan Młody

Mężczyzna w drugiej połowie XIX wieku miał w sytuacjach formalnych jedno zadanie – być godnym tłem, na którym jego partnerka będzie mogła błyszczeć.

Elementami stroju nieodzownymi były buty, spodnie, kamizelka, koszula elegancka, na spinki, a także jakiegoś rodzaju krawat. Co do okrycia głównego, miałem dwa wyjścia. Jedno to frak. Przyznam, że w tym wypadku nie byłem zachwycony. O ile fraki od końca wieku XVIII do połowy XIX były ciekawe, dramatyczne i pozwalały na odrobinę ekstrawagancji. Mogły być butelkowo-zielone lub w kolorze burgunda, z aksamitnymi mankietami i podobnymi dodatkami. Kamizelka mogła być jedwabna, haftowana, a nawet z drukowanej bawełny! Niestety, po rewolucji industrialnej męski wieczorowy strój formalny stał się cokolwiek nudny. Czarny frak, czarne spodnie, czarne buty – a do tego biała koszula, biały krawat, białe rękawiczki, biała kamizelka… Pingwin, nie przymierzając! Na szczęście miałem alternatywę.

Drugie wyjście to surdut, czyli formalny strój dzienny. Co prawda kolory niewiele by się zmieniły, ale mógłbym przynajmniej poszaleć z kamizelką i krawatem. Do tego płaszczowaty krój surduta dużo bardziej mi się podoba. Stanęło więc na surducie, trochę jak z poniższych rycin.

Co ciekawe, najwięcej frajdy miałem z szyciem koszuli. W większości epok jest to niezbędny, acz dość nudny element stroju – ot, same prostokąty! W epoce wiktoriańskiej zaś koszula wreszcie zaczęła mieć ambitniejszy kształt, a ponadto wiele niuansów działo się „wokół niej”. Chodzi oczywiście o kołnierze, mankiety i gorsy. Kołnierzy była cała plejada, na rozmaite okazje. Taki kołnierz był krochmalony i przyczepiany do koszuli za pomocą specjalnych spinek. Podobnie mocowano mankiety, również występujące w wielu odmianach, te jednak zależne były od gustu noszącego.  

Mankamentem było to, że większości pracy włożonej w koszulę z akcesoriami i tak nie byłoby widać spod kamizelki. Smutne to niesłychanie, ale jedyna opcja, by „błysnąć bielizną”, to mieć kamizelkę frakową. A ta zwyczajnie nie przeszłaby z surdutem. Ale nic to! Koszula i tak wyszła zacnie, a mnie nie obchodzi, że ludzie nie zobaczą jej kunsztu. Ważne, że ja wiem, że on tam jest. 

Kamizelka z kształtu nie różni się od typowych kamizelek codziennych z XIX wieku. Wyróżnia się natomiast materią. Ślub to nie lada okazja, postanowiłem więc nie liczyć się z kosztami przy szyciu jedynego elementu garderoby, pozwalającego mi na odrobinę kolorystycznej ekstrawagancji. Dlatego nabyłem złocisty brokat z naturalnego jedwabiu (tu przypis dla sartorialnych ignorantów – brokat historycznie nie ma nic wspólnego z brokatem papierniczym lub kosmetycznym. Jest to po prostu jedwab tłoczony we wzory, a nie migoczący jak współczesny „brokat”.). Plecy i podszewka zrobione zostały ze złocistej tafty jedwabnej. Krawat również zrobiony był z tafty, nieco jaśniejszej niż kamizelka. Co do fasonu, nie namyślając się wiele, wybrałem stary dobry ascot.

Surdut i spodnie zrobione zostały z czarnej wełny garniturowej ze srebrzystą podszewką w tzw. paisley, zwany też tureckim wzorem, ogórkiem lub orzęskiem. O ile spodnie nie nastręczyły mi wielu problemów, o tyle szycie surduta było drogą przez mękę. Sam krój udało mi się dopasować do mojej sylwetki stosunkowo bezboleśnie i bez wielu poprawek. Niestety, wszywanie podszewki – dość śliskiej i „jeżdżącej” – do tak okazałego elementu odzieży wymagało nadludzkiej czujności, gdyż każdy fałszywy ruch kończył się pruciem i wszywaniem od nowa. A ruchy me fałszywe były, jako te tipsy u Karyny, oj tak. Nie ma jednak tego złego. Gdy surdut w końcu był gotowy, prezentował się godnie. A plus jest taki, że ten surdut wykorzystać mogę również przy innych okazjach. Jedynym elementem one-shot, trzymanym „na pamiątkę”, jest kamizelka.

Strój zwieńczyłem cylindrem, zaopatrzyłem się też w białe rękawiczki na miarę, a także w kwiat do butonierki. 


Druhny

Oczywistym było, że na ślubie twórców Kawiowej Szwalni nie mógło zabraknąć kawii. Pomysły świnek niosących za mną welon w pyszczkach, lub dzierżenia świnek zamiast bukietu brzmiały uroczo w teorii, ale dla samych zwierzątek o wybitnie introwertycznej naturze byłyby niezwykle stresującym i niebezpiecznym przeżyciem. Nasze pupile zatem uczestniczyły tylko w przygotowaniach, a potem wesoło potruchtały na własną ślubną ucztę.

Upominki dla gości

Na wesele zabraliśmy za to armię szydełkowych świnek, stanowiących upominki dla gości. Każdy z gości dostał unikalną, ręcznie robioną świnkę celebrującą różnorodność kawii. Były świnki grube i świnki chude, z klapniętymi uszkami lub z uszkami zadziornie postawionymi, świnki uśmiechnięte i świnki bardzo przejęte, świnka albinos, świnka himalajska, kilka świnek-bułek a nawet świnka-wampir. Gdyż każda świnka jest piękna.

W sumie wydziergałam 63 różnokolorowe kawiowe brzuszki, a Filip ponadawał im charakter, doszywając łapki, uszka, oczka i pyszczki. Teamwork FTW!

Tort weselny

Świnki powróciły także pod koniec wieczoru zalegając całym cukrowym stadem na czekoladowo-matchowym wegańskim torcie, przygotowanym przez siostrę.


Miejsce

Cała XIX-wieczna otoczka prysła by bez odpowiedniego otoczenia. My zaś mieliśmy ograniczony budżet, a bardzo chcieliśmy urządzić coś jednak bardziej w Warszawie niż pod. Wydawałoby się niemożliwe do połączenia, ale idealny zakątek znaleźliśmy w restauracji Vivandier. I tak, to jest kryptoreklama, bo nadal zachwycona jestem jak kochana i pomocna była cała obsługa. Nie wspominając już o idealnym wystroju, w którym nie trzeba było nic zmieniać.


Transport

Tematem, który stale odkładaliśmy było „czym do ślubu?”. Nie jestem największą pasjonatką motoryzacji, żeby nie powiedzieć, że kompletną ignorantką. Dla mnie doprawdy małą jest różnica czy to błyszczący mercedes czy zdezelowany fiat. Jak dowiezie nas w jednym kawałku na miejsce to dobry samochód. Jak będę musiała iść piechotą to zły. A epokowy i tak by nie był, bo duuuh – XX wiek wzwyż. Więc po co się starać?

Najoczywistsze rozwiązanie, że może by tak pojechać nie-samochodem, zdawało się nam fruwać beztrosko ponad głowami, do czasu aż mama Filipa postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Po kryjomu zrobiła research nad wiktoriańskimi środkami transportu (udowadniając tym samym, że to spaczenie rodzinne ❤️) i zaskoczyła nas wynajdując w zakamarkach otrębuskiego Muzeum Motoryzacji stare XIX-wieczne Lando, które nadal było sprawne i, po lekkim odkurzeniu, możliwe do wynajęcia.


Taniec

Wyobraźcie sobie dostojny wiedeński walc, tańczony w pięknych salach w eleganckich sukniach balowych i frakach. A teraz przaśnego bawarskiego schuhplattlera, klaskanego gdzieś na dechach z alpami w tle, w skórzanych spodenkach i rozkloszowanych dirndlach.

Ländler

Niewielu zdaje sobie sprawę, że oba te tańce mają wspólnego rodzica. Jest nim Ländler, austriacki taniec o chłopskim pochodzeniu, który na początku XIXw. zaczął wchodzić na salony, wywołując niemałe zgorszenie ilością i częstością bliskiego trzymania jednego partnera przez cały taniec.

Pełen spojrzeń z ukrycia, figlarnych przeskoków, misternych chwytów i figur, w których para chowa się przed światem pod dachem własnych rąk, Ländler był ulubieńcem regencyjnej młodzieży, a potem wraz z nią dorósł i ewoluował w płynniejszego i poważniejszego walca. W swojej oryginalnej formie zaś do dzisiaj jest tańczony w niektórych regionach Austrii i Niemiec jako taniec ludowy.

Pierwszy Taniec

Jeden z najsłynniejszych Ländlerów tańczyła Maria z kapitanem von Trappem w Dźwiękach Muzyki. My zaś swój Pierwszy Taniec zatańczyliśmy do Neue Wiener Ländler Josepha Lannera. Choreografii z wielką cierpliwością nauczyła nas Asia z zespołu tańca dawnego Fontana dei Pazzi, w którym na codzień oboje tańczymy.

Kontredanse i Kadryle

Koledzy i koleżanki z Fontany sprawili nam też wspaniały prezent, przygotowując pokaz kontredansów i kadryli, a potem krótkie warsztaty dla gości, zamieniając parkiet w regencyjną salę balową.


Podsumowanie

Wbrew obiegowej opinii, żadne z nas nie umie szyć. Nigdy jednak nas to nie powstrzymywało przed porywaniem się na kolejne krawieckie projekty. Przy tym przedsięwzięciu jednak musieliśmy się uzbroić w dużą dawkę asertywności przeciw wszystkim poglądom typu „przecież suknia ślubna musi leżeć idealnie!”, „co jak co, ale garnitur musi być perfekcyjnie skrojony!”, lub moje ulubione „jego jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo facetów bawią takie głupoty, ale że ona pozwala sobie tak niszczyć swój najpiękniejszy dzień?”.

Koniec końców, do ślubu poszliśmy obydwoje świadomi całej masy błędów technicznych we własnym stroju i pełni zachwytu nad talentem i kunsztem stroju partnera. I w ten sposób sobie dalej żyjemy ❤️

4 komentarze

  1. Marta Piórkowska
    ·

    Z ostatniego zdjęcia bije takie szczęście, że nie mogę przestać na nie patrzeć! 🙂 Jesteście absolutnie wspaniali. Wszystkiego dobrego!

  2. Ala
    ·

    Świnki najbardziej mnie rozczulają? pięknie się postaraliście. W każdym detalu. Piękna uroczystość. Życzę wam długich lat w szczęściu i miłości ???

  3. Natalia
    ·

    Dosłownie mam łzy w oczach czytając ten wpis. Przepiękne wesele, wręcz idealne. Szczęścia jak najdłużej!

Comments are closed.